Woda dla Oleśnicy.

Często woda dla Oleśnicy skażona jest bakterią koli, szczególnie z ujęcia Pacanów. Nic dziwnego jeżeli pól spływają nawozy. Do tego jest to jedna z najdroższych wód w regionie. Należałoby się zastanowić czy jest inne rozwiązanie? Stare ujęcie z rzeki Wschodnia - odpada w związku ze złym jej składem wody. Dwa słabe źródła to: Sroczków i Młynek (ten strumień kiedyś poruszał młyn). Ten drugi wariant jest do przemyślenia. Bo chociaż w niektórych okresach źródlanej wody może być za mało, to przefiltrowanej przez piasek wody z rzeki nigdy nie może zabraknąć skoro zasila stawy na Brodach. Skoro Warszawa z dna Wisły jest zaopatrywana to nasza rzeczka przepływa przez tereny nieskażone i jest chyba najczystsza w Polsce. Nie bez znaczenia jest fakt, że ujęcie stworzyłoby nowe miejsca pracy, nie wspominając o obniżce kosztów wody. A należy wspomnieć kartki z historii geologicznej Oleśnicy. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy pojawiły się plamki ropy na stawach w Słupi - szukano jej i w Oleśnicy. Odwiert na Wólce Oleśnickiej pokazał, że takiej ropy nie ma. Ale za to okazało się, że Oleśnica leży na wodach mineralnych podobnych do Buska i Solca. (ponoć ten pad ciągnie się aż do Tarnobrzega) Stężenie leczniczych wód jest lepsze w Solcu niż w Busku, a Oleśnickie wody okazały się jeszcze lepsze. Dokumentację zabrano do Warszawy, a wieści o powstaniu uzdrowiska rozeszły się błyskawicznie. Nawet konduktorzy w autobusach trochę złośliwie oznajmiali "przestanek Oleśnica Zdrój". Kryzys PRL-u zaniechał tej inwestycji. O zdrowotności wód można wnioskować też z faktu, że gdy pojawiła się woda z wodociągów, w Oleśnicy pojawiła się "epidemia tarczyc" - bo zabrakło dostarczanego ze studzień sodu i innych pierwiastków podawanych w szklance jak na tacy. Niektórzy oskarżali o to Czernobyl (bo na pewno też miał na to wpływ), ale nikt nie miał odpowiedzi na pytanie dlaczego w Oleśnicy problem był wielokrotnie większy jak np. w Pacanowie czy Stopnicy. Jeżeli dodamy, że Oleśnica leży na terenie wód termalnych, to po wybraniu glinki na cegły w przyszłości nie wróci pomysł uzdrowiska w "Oleśnicy Zdroju". A może wcześniej będziemy pić "Oleśniczankę"?

GMO - niebezpieczne pożywienie?

           Zdolność i chęć do prokreacji jest cechą wszystkich organizmów żywych, dzięki niej gatunek może przetrwać. Potrzeba przedłużenia gatunku jest wpisana w geny każdego życia. Człowiek zaczął manipulować przy tych genach. Najbardziej „ucieszył się”, gdy otrzymał modyfikowaną roślinę odporną na szkodniki i grzyby (wtedy rośliny dają lepszy plon, bez używania oprysków). Ale przecież te rośliny nie zabijają szkodników, ani grzybów. Jeżeli nawet tak byłoby – to przypomnę, że nawet największa trucizna, jaką kiedyś stosowano na stonkę – azotoks działał tylko na pewien czas, a później się stonka przyzwyczaiła. Na jakiej zasadzie działają, więc te zdobycze? Otóż uszkodzono „gen potrzeby przedłużenia gatunku”. Rośliny – „łaski nie robią”, człowiek może je wysiać, ale „szkodniki i grzyby” po skonsumowaniu tej rośliny „tracą chęć przedłużania gatunku” no i „mamy korzyść”. Nie jest to jednak koniec łańcucha pokarmowego. Zacznijmy od pszczół, które najwcześniej, bo już ze zmodyfikowanych kwiatów pobierają nektar. Naukowcy biją na alarm o „wymieraniu” pszczół. Zjawisko określane mianem syndromu CCD (Colony Collapse Disorder - Gwałtowna Zapaść Kolonii), nie uderzyło jeszcze w Polskę z taką siłą, jak ma to miejsce na zachodzie. Kucharczak przytacza zatrważające w dane: w przeciągu czterech lat liczebność pszczół zmniejszyła się w Niemczech i Francji o 40 proc., zaś w niektórych stanach USA straty sięgają rzędu 90 proc. pszczelej populacji. Jak do tej pory większość przypadków polskich uli dotkniętych CCD miało miejsce w Polsce południowej Pszczelarze w USA biją na alarm: w przynajmniej 22 stanach odnotowano dramatyczny spadek populacji pszczół. Do niedawna mówiło się o tym, że powrotną drogę do uli, może zakłócać pszczołom telefonia komórkowa, jednakże najnowsze badania podważyły tę hipotezę. Nadal nie ustalono przyczyny dla której pszczoły masowo giną lub nie wracają do uli. Ubytki rojów pszczół stanowią nie tylko tragedię dla pszczelarzy, ale również zagrażają uprawom alfalfy, migdałów, pomidorów, ogórków, słoneczników, jabłek, wiśni i innych owoców, jagód, melonów i kabaczków. W Europie Bułgaria obok Wielkiej Brytanii jest najbardziej nim dotknięta, w północno-zachodniej części kraju w ostatnim roku zniknęła ponad połowa pszczół. Według danych Ministerstwa Rolnictwa Bułgarii w północno-zachodniej części kraju w ciągu roku zniknęło ponad 200 tys. pszczelich rojów.  Najpoważniejszym problemem, który nadaje zjawisku prawie mistyczne wymiary, są zniknięcia bez śladu. Weterynarze nie mogą przeprowadzić badań. U nielicznych osobników, które znaleziono, nie stwierdzono żadnych chorób. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego pszczoły uciekają z jednych regionów jak północno-zachodnia Bułgaria, a z innych, bardziej zanieczyszczonych – w znacznie mniejszym stopniu. Należy jednak zauważyć, że w latach 90 w północno-zachodniej Bułgarii uprawiano genetycznie zmodyfikowaną soję. Tichomir Stoiłow z okolic Berkowicy nieopodal granicy z Serbią pokazuje reporterowi telewizyjnemu 25 pustych uli. Mówi, że owady zniknęły w ciągu jednej doby, zostały wszystkie zapasy, larwy i królowa. Ktoś nie znający fenomenu „demokracji w ulach” pszczelich, w tym miejscu zauważyłby, że jeżeli przyczyną wymierania pszczół byłby „gen potrzeby przedłużenia gatunku”, to najpierw musiałaby zginąć lub przestać czerwić królowa (bo przecież robotnice nie składają jajeczek). Prawdziwy pszczelarz jednak wie, że w „tej demokracji” królowa jest jak niewolnica. To pszczoły decydują, kiedy i ile ma czerwić królowa. One też karmią czerw i bronią całe gniazdo przed intruzami poświęcając życie ( po pszczoła po użądleniu ginie). Wszystko to w imię „przedłużenia gatunku”. Co jednak po uszkodzeniu tego genu? Pszczoła nie ma ochoty ani karmić czerwiu, ani bronić społeczności w ulu. Nie ma więc potrzeby wracać do ula. Stąd obserwowany fakt ginięcia pszczół w rejonach upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych. Byłaby w tym niezwykła ironia losu – oto rośliny GMO, które w zamyśle twórców miałyby chronić ludzkość przed widmem głodu, właśnie do klęski głodu mogą się przyczynić. Jest bowiem prawdą, że rośliny GMO lepiej plonują, ale jeśli po ich zażyciu masowo umierają pszczoły, to okazać się może, że napełnianie spichlerzy zmodyfikowaną soją i kukurydzą może się okrutnie zemścić na ludzkości, skoro zabraknie jej owoców i warzyw, które stanowią ok. 30 proc. naszej diety (a także znakomitą część diety innych zwierząt). Taką hipotezę potwierdza rozkład geograficzny zjawiska CCD – w 2006 r. pszczoły masowo wyginęły w USA, gdzie uprawy GMO są najbardziej powszechne. Dopiero przymusowy import pszczół z Australii poprawił nieco sytuację. Również Chiny, które nie stronią od GMO, doświadczają niezwykłych konsekwencji wyginięcia pszczół (w jednej z prowincji kwiaty owoców już zapyla się ręcznie). Zwróćmy uwagę także na to, że szkód wyrządzanych przez syndrom CCD nie można ograniczyć jedynie do grupy pszczelarzy i przemysłu miodowego. Pszczoły zapylają przecież około 80 procent roślin na świecie. Aby wyprodukować zaledwie kilogram miodu pszczoły muszą przenieść nektar z kilku milionów kwiatów. A gdyby w wyniku zmniejszania się populacji pszczół wyginęły zapylane przez nie rośliny, wkrótce zniknęłyby związane z nimi owady i zwierzęta. Produkcja żywności spadłaby o jedną trzecią. Gwałtownie zaczęłaby się też wtedy zmniejszać bioróżnorodność. Nie należy jednak wpadać w paniczny strach. Nadal dysponujemy dużym polem do manewru i możemy zapobiec rozprzestrzenianiu się syndromu. Ale przecież to nie koniec łańcucha pokarmowego. Te rośliny zjadają zwierzęta, a następnie ludzie. Na nowo rozgorzała dyskusja o bezpieczeństwie żywności zmodyfikowanej genetycznie. Tym razem powodem są badania specjalistów francuskich, którzy twierdzą, że szczury przez dwa lata karmione kukurydzą GMO żyły krócej i chorowały na raka. Najnowsze badania przeprowadzone również przez francuskich naukowców sugerują duży spadek jakości nasienia w ciągu ostatnich 17 lat. Może to być poważny powód do niepokoju – jeśli to prawda. Męska płodność jest ostatnio jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów współczesnej medycyny. Zamieszanie wywołuje przede wszystkim stan nasienia, bo kolejne badania wydają się wskazywać na to, że w kolejnych krajach spada zarówno jego jakość, jak i ilość. Przeprowadził je zespół naukowców z Francji. Uczeni przebadali próbki nasienia pochodzące od 26,6 tysiąca zdrowych mężczyzn. Wyniki wydają się potwierdzać niepokojące zmiany: sugerują, że w ciągu 17 lat (od 1989 do 2005 r.) średnia ilość plemników w mililitrze nasienia spadła z 73,6 do 49,9 miliona. Autorzy badań piszą o "poważnym problemie dotyczącym zdrowia publicznego" i wzywają do światowych badań na temat jakości nasienia. Farmerzy z wielu krajów zauważyli, że potrzeba 100% więcej knurów w hodowli świń. Co ciekawe w Ameryce, gdzie najwcześniej wprowadzono rośliny zmodyfikowane zatrważająco szybko rośnie liczba singli nie zainteresowanych zakładaniem rodziny - „tracą chęć przedłużania gatunku”. A rosnący problem homoseksualizmu? Tam też nie ma chęci przedłużenia gatunku. Polskim uczonym udało się zmodyfikować len, z którego ponoć bandaże niszczą bakterie (może i wirusy i grzyby, bo rany szybciej się goją), czyżby i one traciły „chęć przedłużenia gatunku?”. Niby sukces, ale jakie konsekwencje będą później?  Zwolennikom GMO i manipulującym przy genach należałoby przypomnieć:

 (Rdz 2,7-9;3,1-7)
Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła. A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? Niewiasta odpowiedziała wężowi: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.

Albert Einstein powiedział, że jeśli wyginą pszczoły, ludzkość przeżyje jeszcze tylko cztery lata. Czy to nie przesada? – Może więcej niż cztery lata, ale na dłuższą metę życie bez pszczół byłoby dla nas niemożliwe – komentuje dr Krystyna Pohorecka. – Produkcja żywności spadłaby o jedną trzecią. Gwałtownie zaczęłaby się też wtedy na Ziemi zmniejszać bioróżnorodność – uważa. Chodzi o to, że gdyby wyginęły zapylane przez pszczoły rośliny, po kolei znikałyby też związane z tymi roślinami kolejne owady i zwierzęta. To byłaby lawina nie do zatrzymania.

Oby nam nie było poznać: „ A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy.”

Choinka w małżeńskiej sypialni

Magdalena Guzik -Nowak | Przewodnik Katolicki | 10 Luty 2012

Metody naturalnego planowania rodziny uważane są przez "postępowe" kobiety i ich wygodnych partnerów za opresyjną katolicką moralność, a przez pary (także niewierzące), które je stosują – za małżeński cement. Gdzie leży prawda? Ci pierwsi oburzają się, że Kościół wtyka swój nos do małżeńskiej sypialni i w dodatku zabrania im współżyć. Złośliwie nazywają metody naturalne "watykańską ruletką", mimo że nie wymyślił ich Kościół: nie powstały one "na zamówienie" episkopatu ani nawet samego papieża. Testowane przez wybitnych naukowców we współpracy z parami, wyodrębniły się jako dziedzina medycyny. Ci drudzy długo wyliczają zalety naturalnego planowania rodziny (NPR) i udowadniają jego wyższość nad antykoncepcją. Ale zacznijmy od początku.
O co w tym chodzi?
Metody NPR powstały po to, by precyzyjnie wyznaczyć te dni w miesiącu, kiedy małżeństwo ma największe szanse na poczęcie dziecka i, z drugiej strony, by określić, w których dniach można współżyć i najprawdopodobniej nie dojdzie do poczęcia, jeśli para nie jest na to gotowa. W dużym skrócie – mają więc służyć kształtowaniu postawy odpowiedzialnego rodzicielstwa. W NPR nie mówimy o płodności kobiety i mężczyzny, ale o płodności pary. Zdrowy mężczyzna jest płodny przez wszystkie dni w miesiącu. Kobieca komórka jajowa jest zdolna do zapłodnienia przez 24 godziny. Biorąc pod uwagę żywotność plemników (rekordzista przeżył w ciele kobiety 7 dni!) i ewentualne wahania hormonalne, przyjmuje się, że okres płodności pary w 28-dniowym kobiecym cyklu wynosi ok. 9 dni.
Kluczem do stosowania z powodzeniem metod naturalnych jest umiejętność wyznaczenia tych 9 dni. Użytkownicy mają do wyboru kilka metod bazujących na obserwacji różnych parametrów, m.in. podstawowej temperatury ciała kobiety, śluzu szyjki macicy czy położenia szyjki. Metody sprawdzają się u kobiet z różną długością cykli czy pracujących na zmiany. Radzą sobie z nietypowymi sytuacjami jak choroba, drastyczna zmiana klimatu, silny stres albo "rekonwalescencja" po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej.
Jeśli małżeństwo nie planuje w danym cyklu poczęcia dziecka, w fazie płodnej powinno powstrzymać się od współżycia. Jest to trudne zwłaszcza dla młodych małżeństw, lecz z drugiej strony daje szansę na poznanie pięknej palety innych sposobów wyrażania miłości. Rozwija czułość i delikatność, bo przytulanie i głaskanie nie jest w tym czasie zabronione, pobudza inwencję twórczą ("nie możemy współżyć, ale dam żonie kwiaty, by wiedziała, że ją kocham"), uczy daru z siebie. Pozwala utrzymać świeżość w sypialni przez długie lata. Jak powiedziała kiedyś Teresa Król, prekursorka metod naturalnych w Polsce,
ze współżyciem jest jak z choinką – nikogo by nie cieszyła, gdyby stała na środku salonu przez 365 dni w roku.
Jeśli natomiast małżeństwo marzy o powiększeniu rodziny, NPR wskaże dni, w których szansa na poczęcie jest największa. Żadna antykoncepcja nie ma tej "usługi" w swoim pakiecie.
NPR jest skuteczny
Mimo dostępu do godnych uwagi publikacji, wokół NPR ciągle krąży wiele krzywdzących mitów. Ten najbardziej niesprawiedliwy to przekonanie o jego niskiej skuteczności. Przeczą mu dane podawane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), według których metody naturalne wygrywają w tej kategorii nie tylko z plastrami antykoncepcyjnymi, ale też z prezerwatywami i pigułkami hormonalnymi. Skuteczność metod mierzy się tzw. indeksem Pearla, który określa liczbę nieplanowanych poczęć u 100 kobiet stosujących przez rok daną metodę zapobiegania ciąży. Im więc wskaźnik jest niższy, tym metoda skuteczniejsza. Przykładowo: dla tabletek dopochwowych indeks Pearla wynosi 7, prezerwatyw – 3, pigułek hormonalnych – od 0,2 do 0,8, a
dla naturalnej metody objawowo-termicznej prof. Roetzera – 0,2.
Łatwy
Kolejnym mitem, który zniechęca do poznania metod naturalnych, jest ich rzekoma trudność "w obsłudze". Jednak choć na początku prowadzenie obserwacji może się wydawać skomplikowane, po 2–3 miesiącach kobiety dochodzą do wprawy. Uważne przyglądanie się swojemu organizmowi sprawia, że w niedługim czasie każda z nas może stać się fachowcem w tej dziedzinie, przy czym do pomocy w interpretacji kart warto zaangażować także męski analityczny umysł. Świadczą o tym chociażby badania, które w 1983 r. na kongresie International Federation for Family Life Promotion zaprezentowała dr A.K. Gosch. Dotyczyły one skuteczności NPR wśród indyjskich kobiet, które nie umiały pisać ani czytać. W latach 1978–1980 dr Gosch obserwowała 525 par ze slumsów. Wszystkie, po czteromiesięcznym okresie nauki, stosowały metodę objawowo-termiczną przystosowaną do kształcenia analfabetów. Jedynym warunkiem rozpoczęcia nauki była umiejętność liczenia do dziesięciu (!), niezbędna do odczytania temperatury na termometrze. Wszystkie pary miały silną motywację, by dobrze poznać reguły metody, gdyż był to okres przymusowej sterylizacji wprowadzonej przez Indirę Gandhi. Pary te podejmowały współżycie tylko w okresie niepłodności poowulacyjnej. Liczba poczęć wyniosła zero, bo w dobrze rozpoznanej tzw. drugiej fazie poczęcie dziecka jest fizjologicznie niemożliwe. Takiej pewności nie daje żadna antykoncepcja. Skoro niewykształceni mieszkańcy slumsów nauczyli się ze 100-procentową skutecznością rozpoznawać swoją płodność, to znaczy, że stać na to każdego z nas.
Nowoczesny
Za NPR ciągnie się jeszcze przekonanie, że to bzdury rodem ze średniowiecza, odpowiednie dla starych dewotek i niemodnych kobiet w powyciąganych swetrach. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Stosujące NPR kobiety są świadome funkcjonowania swojego organizmu i mają "nowoczesną" wiedzę, często niedostępną dla par stosujących antykoncepcję (które to pary same deklarują, że głównymi powodami, dla których odrzucają NPR, są wygoda, lenistwo i egoizm). Wiedzą na przykład, że za kondycję paznokci, włosów i dobre samopoczucie odpowiedzialne są estrogeny – hormony, których największe stężenie jest w fazie płodnej. Obserwowanie kobiecego organizmu może być interesujące także dla męża. Świadomy mężczyzna potrafi odróżnić poszczególne fazy na podstawie pocałunku. W okresie płodnym całusy żony są słodsze. NPR ma także coś dla fanów gadżetów i nowoczesnych technologii. Ceniące nowinki techniczne kobiety mogą korzystać z elektronicznych kart cyklu, mieć swoje wykresy zawsze pod ręką w internetowej bazie, korzystać z pomocy tzw. komputerów cyklu, które pomagają odróżnić fazę płodną od niepłodnej, a dzięki specjalnym aplikacjom na telefony komórkowe (np. MyDay, Ovuview) porównać, co na temat płodności w konkretnym cyklu mówią wszystkie metody naturalne naraz.
Tani
Niskie koszty związane ze stosowaniem metod naturalnych są jednym z głównych powodów wyśmiewania ich przez koncerny czerpiące milionowe zyski z produkcji tabletek antykoncepcyjnych czy prezerwatyw. Bezpardonowa walka o klienta wykrzywia obraz metod naturalnych. Dlaczego koncernom farmaceutycznym zależy na sprzedawaniu antykoncepcji? Bo miesięczna „kuracja” hormonami kosztuje ok. 30 zł. Rocznie trzeba więc wydać na tabletki ok. 360 zł. Dodatkowo przyda się osłonowy suplement diety za kilkanaście złotych miesięcznie, by minimalnie zneutralizować paskudne skutki uboczne, jak chociażby problemy z wątrobą, nadmierne gromadzenie wody w organizmie, wahania wagi. Natomiast by z powodzeniem stosować NPR, wystarczy w przypadku metody objawowo-termicznej prof. Roetzera kupić termometr za 25 zł i 32-kartkowy zeszyt w kratkę – 1,50 zł lub wydrukować na domowej drukarce karty do obserwacji dostępne w internecie. Jest to wydatek jednorazowy.
Prozdrowotny
Jedną z największych zalet metod naturalnych jest brak skutków ubocznych. NPR nie zwiększa prawdopodobieństwa wystąpienia raka piersi, raka szyjki macicy, nie podnosi ryzyka infekcji wirusem HPV, nie zwiększa ryzyka zachorowania na raka wątroby, wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych, osteoporozy, nie zmniejsza popędu seksualnego i nie zaburza jakości intymnych relacji … – by wymienić tylko niektóre (!) skutki uboczne zaledwie antykoncepcji hormonalnej.
Co więcej, NPR ma działanie prozdrowotne. Wiedząc, jak powinna wyglądać karta obserwacji prawidłowego cyklu, kobieta może szybko zorientować się, że dzieje się z jej organizmem coś niedobrego, i zgłosić do lekarza. A gdy para stara się o poczęcie dziecka i przez określoną liczbę dni nie wystąpiła miesiączka, może w odpowiednim miejscu na wykresie narysować małego dzidziusia i, jeszcze przed potwierdzeniem tego przez lekarza, mieć pewność, że w jej ciele rozwija się nowe życie. Świadomie odstawia więc wszelkie używki, a w czasie przeziębienia nie łyka niebezpiecznej dla dziecka aspiryny, by nie zaszkodzić mu w najwcześniejszym stadium jego rozwoju.
Etyczny
Dodatkowym atutem NPR jest jego bezkonfliktowość z sumieniem – stosowanie go nie jest sprzeczne z naszą wiarą. Wykładnią na ten temat jest encyklika Pawła VI Humane vitae, w której papież przedstawił niedopuszczalne sposoby ograniczania liczby potomstwa (antykoncepcja, aborcja). Natomiast jeśli „istnieją słuszne powody dla wprowadzenia przerw między kolejnymi urodzeniami dzieci, wynikające bądź z warunków fizycznych czy psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych, Kościół naucza, że wolno wówczas małżonkom uwzględniać naturalną cykliczność właściwą funkcjom rozrodczym i podejmować stosunki małżeńskie tylko w okresach niepłodności, regulując w ten sposób liczbę poczęć, bez łamania zasad moralnych”. Trafnym komentarzem do zarzutów pod adresem Kościoła, że stworzył restrykcyjną etykę seksualną, było wystąpienie lekarza i filozofa Paula Chaucharda w 1976 r. w Krakowie. - Nie ma katolickiej moralności seksualnej – stwierdził nieco prowokacyjnie – istnieje tylko większa odpowiedzialność chrześcijan w tej dziedzinie.
Odpowiedzialni małżonkowie wybierają NPR
Zatem gdzie leży prawda? Dla niektórych małżeństw stosujących NPR najważniejszy jest jego etyczny wymiar. Fanów ekologicznego stylu życia przekonuje jego nieinwazyjność w funkcjonowanie ludzkiego organizmu i zgodność z biologicznym rytmem. Pary wyczekujące potomstwa cieszą się, bo pozwala nie działać "na ślepo", ale precyzyjnie ustalić najlepszy moment na poczęcie. Dla niektórych najważniejsze jest kryterium ekonomiczne, jeszcze inni cenią go za to, że chroni przed seksualną rutyną i czyni współżycie wartością, na którą ciągle się czeka. W jakiejkolwiek kolejności ustawić te powody, rzetelna i obiektywna analiza metod naturalnego planowania rodziny prowadzi do jednego wniosku: prawda nie zawsze leży po środku. Małżeństwa świadomie stosujące NPR podchodzą do sprawy odpowiedzialnie. Kiedy małżonkowie nie są gotowi na przyjęcie nowego życia, rezygnują ze współżycia w okresie płodnym, a gdy chcą zostać rodzicami, potrafią wybrać najlepszy moment na zbliżenie. Wiedzą, że nie ma metod 100-procentowo skutecznych, ale gdy dojdzie do niezamierzonego poczęcia, nie zrzucają winy na lekarza i zawodne środki, ale świadomi tego, łatwiej oswajają się z myślą o pojawieniu się nowego członka rodziny. Choć może się wydawać, że takie rozgraniczenie jest wywodem filozoficznym na wysokim poziomie abstrakcji, w tak delikatnych sprawach trzeba się posługiwać precyzyjnymi pojęciami. Antykoncepcja jest przeciw życiu, NPR – za życiem. Z tego powodu wrzucanie ich do jednego wora i nazywanie NPR "katolicką antykoncepcją", „bo przecież i tu, i tu chodzi o to, żeby nie było dziecka” jest wielkim nieporozumieniem.

Mariusz Wlazły "miażdży nie tylko na boisku". Słowa o Bogu robią furorę

Mariusz Wlazły, czyli najbardziej wartościowy gracz zakończonych w niedzielę mistrzostw świata w siatkówce, nie wstydzi się otwarcie mówić o swojej wierze. Dał temu wyraz kilka lat temu, jako jeden z bohaterów książki "Ewangelia dla sportowca i kibica". Teraz jego wypowiedzi - będące świadectwem wiary - zdobywają sieć. Wlazły nie kryje się ze swoją wiarą. Nie widziałem (po ruchu ust), żeby przeklinał. Cytaty z MVP turnieju dotyczące wiary rozpowszechniają się obecnie głównie w sieci. A skąd pochodzą? Z wydanej przed Euro 2012 książki "Ewangelia dla sportowca i kibica". Na rynek wprowadziło ją wydawnictwo Edycja Świętego Pawła. W promocji publikacji uczestniczyli najbardziej znani polscy sportowcy. A ich religijne deklaracje znalazły się na jej łamach. Jedna z nich należy do Mariusza Wlazłego.

Pisał on tak: - W moim życiu wiara jest bardzo ważna. Życie opiera się na wierze, więc czym byłoby bez niej? Ważne jest, żeby nosić Boga w sercu. We wszystkich momentach mojego życia - tych prostych i tych trudniejszych - Bóg był przy mnie. Zawsze staram się dziękować Mu za to, że prowadzi mnie przez życie. Nieraz bardzo krętą drogą, lecz na pewno ku prawdzie i oświeceniu. Jak się ma chęci i wiarę, to Bóg sam nas znajdzie. Następnie mistrz świata w siatkówce dodawał, że "każdy z nas ma jakiś cel w życiu". - Każdy ma jakąś drogę, którą musi przejść, lecz na niej napotyka różnego rodzaju trudności, poboczne cele itp. Myślę, że to, co robię w chwili obecnej, jest bardzo ważne dla mnie, dla mojego rozwoju, więc staram się wypełnić i zrobić wszystko z jak największą perfekcją. Nie zawsze się to udaje, lecz każda porażka jest jeszcze mocniejszą motywacją do osiągnięcia wyznaczonego celu - czytamy w deklaracji Wlazłego opublikowanej w książce "Ewangelia dla sportowca i kibica". Siatkarz podkreślał też, że "fundamentem jego życia jest rodzina", a "każda chwila spędzona w domu jest najważniejsza i niezastąpiona". - Nie ma nic lepszego, jak nauczyć czegoś własne dziecko. Żona daje mi oparcie w ciężkich chwilach i podnosi na duchu - podkreślał.

W kontekście wyznań Wlazłego przypominane są też i te innych sportowców jak np. Roberta Lewandowskiego, który - przyjmując symboliczny medalik - wziął udział w akcji "Nie wstydzę się Jezusa" i Agnieszki Radwańskiej. Ona również wsparła tę inicjatywę, ale została wykluczona z grona jej ambasadorów po tym, jak wystąpiła w rozbieranej sesji dla ESPN. Inni sportowcy z tego grona to np. Kuba Błaszczykowski, Marek Citko i Mateusz Ligocki. A wśród osób publicznych znaleźli się m.in. także: Przemysław Babiarz, Tomasz Zubilewicz, Krzysztof Ziemiec i Radosław Pazura. Okazuje się, że najlepszy polski siatkarz - od niedzieli mistrz świata w tej dyscyplinie - jest również gorliwym katolikiem. Brawo! Tak trzymać!

Dobrze byłoby, aby młodzież Oleśnicka brała takie wzorce.

 

Emigracja rozbija polskie małżeństwa - oby nie oleśnickie - ale przed podjęciem decyzji warto przeczytać.

Eksperci alarmują: emigracja jest główną przyczyną rozwodów. Według demografów rozpadnie się co trzecia emigracyjna rodzina.

Przełom grudnia i stycznia tradycyjnie jest czasem ślubów, ale jak się okazuje, jest też czasem rozwodów. Ich liczba rośnie w Polsce lawinowo. Ze statystyk wynika, że w minionym roku na rozstanie zdecydowało się przeszło 80 tys. małżeństw. Sędziowie, psycholodzy i socjolodzy są zgodni: jedną z głównych przyczyn rozstań jest emigracja zarobkowa. Wyjeżdżający do Anglii i Irlandii Polacy deklarują, że chcą tam zostać od 3 do 5 lat. Według demografów już teraz w rozłące żyje około pół miliona polskich małżeństw. W ciągu najbliższych 2 lat ich liczba może wzrosnąć o kolejne 200 tys. Na lotniskach i dworcach małżonkowie pocieszają się, że czas szybko minie, że będą się odwiedzać i codziennie dzwonić. Ale czy sami w to wierzą? Przeczy temu przykład Joanny i Tomka z Gdańska. On miał wyjechać na rok, żeby zarobić na spłatę kredytu, który zaciągnęli na pierwszą własną kawalerkę. Przysięgał, że przyleci na jej urodziny. Nie przyleciał. W Londynie związał się z Judith, właścicielką piekarni, w której znalazł pracę. Na pierwszej rozprawie rozwodowej, tak zwanej pojednawczej, stanowczo oświadczył, że nie wróci do Joanny. Nie miał nic przeciwko temu, by sąd orzekł jego winę. Zdaniem demografów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w podobny sposób zakończy się 30 proc. "emigracyjnych" związków. Małżeństwa kończą się nie tylko przed sądami świeckimi, ale też kościelnymi, choć te nie orzekają rozwodów, lecz stwierdzają nieważność małżeństwa. Najczęstszym powodem rozwodów jest zdrada. Zazwyczaj dochodzi do niej już w pierwszych tygodniach pobytu za granicą. Zdecydowanie częściej dopuszczają się jej mężczyźni. Zdarza się też, że po wyjeździe małżonka kobiety orientują się, że były w toksycznym związku i samym żyje im się lepiej. Jak się chronić przed rozpadem małżeństwa? Specjaliści radzą, by kontaktować się codziennie: telefonicznie bądź mailem. Małżonkowie powinni też często się spotykać, a wspólnych rozmów nie ograniczać tylko do kwestii związanych z pieniędzmi. Z danych GUS wynika, że aż 70 proc. rozwodów w Polsce kończy się bez orzekania o winie. W 75 proc. przypadków pozew o rozwód wnoszą kobiety. Prawie trzy razy częściej rozwodzą się mieszkańcy miast niż wsi.

Może "Tatuś w telewizorku" też jest do przemyśleń.   

       To, jak dziecku potrzebny jest bliski kontakt z ojcem przekonała się niedawno moja kuzynka. Są razem około 20 lat. Zaczynali od zera z dzieckiem na rękach. Biedna ona, biedny on. Mieli tylko siebie. Wzajemnie się wspierali. Przetrwali niejedną burzę, niejedną wichurę. Córka rosła, latka mijały. Oni w międzyczasie pokończyli wieczorową szkołę średnią i... dostali przyzwoite prace. Wydawałoby się - pełna stabilizacja. Uznali, iż czas na drugie dziecko. Urodziła się Niunia. Cudna, żywuszcza, kochana. I nie wiadomo z jakiej przyczyny Ona pewnego dnia zasłabła. Zdarzało jej się to coraz częściej. Nic, tylko musi zrobić badania. Dzieci są jeszcze do wychowania. Grozą powiało nad ową rodziną. Rozpoczęła wędrówkę ludów od przychodni do przychodni, od lekarza, do lekarza. Nikt nie umiał postawić właściwej diagnozy. Pomyśleli - może prywatnie, by tak spróbować. Rok odwiedzała rozmaitych lekarzy specjalistów. Owe wizyty i leczenie metodą prób i błędów pochłonęły wszystkie oszczędności i, niestety, narobiły  potwornych długów.  Zaciągali kolejne kredyty, aby spłacić poprzednie. Pieniędzy nie wystarczało do końca miesiąca. Zapadła decyzja. On wyjeżdża do Anglii do pracy. Pojechał najpierw na rok. Miał szczęście. Podpisał kontrakt na wprawdzie niskopłatną pracę, ale w przeliczeniu na złotówki bardzo opłacalną finansowo dla rodziny. Szybko spłacili długi i zaczęli oszczędzać. Niunia miała wtedy 3 latka. Najpierw tęskniła za ojcem. Potem przyzwyczaiła się,że go nie ma. Rozmawiała z nim przecież codziennie i widziała go na ekranie monitora. Pewnego razu przyjechał po wielu miesiącach, na święta. Ona wyczekiwała. Stała w oknie, wypatrywała. Widzi. Idzie. Woła Niunię do okna.
- Chodź szybko! Tatuś twój idzie! - Dziecko z niedowierzaniem podbiega do okna i z niedowierzaniem pyta:
- Tatuś? Taki prawdziwy, nie z telewizorka? Kiedy wszedł do domu, Niunia nie rzuciła mu się od razu na szyję. Podeszła ostrożnie i malutkim paluszkiem sprawdzała, czy oby naprawdę jest prawdziwy i nie zniknie po zrobieniu "klik". Tatusia w telewizorku dotykać nie można. Kiedyś dotknęła, to zniknął. Zatem ostrożnie wyciągnęła malutką rączkę.... A potem..... Nie opuszczała ojca nawet na chwilę. Dobre dni szybko się kończą - wyjechał znowu. I ponownie dziecku pozostał ekran monitora. Czas szybko mija. Z jednego roku zrobiły się dwa lata i trzy ....  Pewnego dnia Ona, zresztą  jak zwykle, poszła po Niunię do przedszkola. Do szatni wszedł jakiś ojciec po swoją córeczkę. Przemawiał do dziecka czule, z troską i ogromną cierpliwością. Niunia zerwała się z ławeczki. Podbiegła do owego tatusia, wdrapała mu się na kolana i objęła mocno rękami. Matka stała w osłupieniu. Zamurowało ją. Kiedy ocknęła się, podeszła do małej i najczulej, jak tylko umiała powiedziała:
- Skarbie! Ale to nie jest twój tatuś.
- Wiem - rzekła cichutko dziewczynka - Mój tatuś jest w telewizorku. Kiedy opowiadała mi to zdarzenie płakała. Mnie też coś takiego ściskało za gardło.
- Pomóż mi - prosiła. - Pomóż mi go ściągnąć z powrotem do Polski.  Nie chcę tych marnych pieniędzy. My chcemy jego. On jest nam potrzebny. Oddalamy się od siebie. On chce znowu przedłużyć kontrakt, bo za 1000 zł w Polsce nie będzie pracował. Pomóż... Moja rodzina jest na krawędzi. Nie przetrzyma dłuższej rozłąki. On odzwyczaił się od nas. Nie jesteśmy już mu potrzebne. Wiesz, my nawet nie bardzo umiemy już z sobą rozmawiać. Pomóż mi.... Błagam. Ale co ja mogę zrobić? Obiecałam, że porozmawiam... ale czy posłucha? Czy argument, iż jest tatą  i mężem z telewizorka przemówi?

 

Tradycyjna, konserwatywna rodzina wiejska, stojąca twardo na straży moralności, jest zagrożona. Alkohol może i nie jest niczym nowym wśród wiejskiej młodzieży. Ale nigdy wcześniej picie nie było tak bardzo pozbawione jakiejkolwiek społecznej kontroli. A do tego doszły jeszcze narkotyki. Wystarczy zobaczyć w internecie zdjęcia z dyskoteki w Pacanowie, lub przeczytać artykuł "Dzieci zatracone" w "Newsweeka" z którego przytoczę tylko kilka cytatów: "Picie do upadłego wspomagane narkotykami. Potem seks w toalecie albo w samochodzie. Czasem gwałty, gdy dziewczyny nie wiedzą już nawet, co się z nimi dzieje. Tak zabawiają się dziś nastolatki  ze wsi w dyskotekach rozrzuconych po całym kraju. Dorośli albo udają, że nic złego się nie dzieje, albo wolą nie wiedzieć." ... "Sobotnie upadlanie się to ucieczka od wiejskiej beznadziei, smakowanie pozorów lepszego życia." ... "Wieś dogania miasto głównie w patologiach: piciu, ćpaniu i kopulacji." ... "Dyskoteka to ich świat, do którego starsi nie mają wstępu. To tutaj szukają przyjaźni, akceptacji, uczuć."

Ale nie musiałoby tak być: funkcjonująca świetlica środowiskowa (A była taka przez dwa lata przy parafii w Oleśnicy) dałaby możliwość nie tylko właściwego spędzenia czasu wolnego, ale nauki jak ten CZAS rozumnie wykorzystać. Dzieci głodne - nakarmić, samotnym i zagubionym - dać radę. I nieszczęść może być mniej. Radnym pod rozwagę podpowiada Koło Brata Alberta w Oleśnicy. Cały fundusz antyalkoholowy skierowany winien być na ten cel. Jest wiele do uratowania. Czekamy na przemyślenia i opinie.